piątek, 14 lipca 2017

Rozdział Pierwszy



- Freddie, zaraz tam będę. Nie denerwuj się - mówiłam do słuchawki idąc Lernay Ave.
- Powinnaś być tutaj już dawno. Czekam i czekam, a wiesz, że tego nie lubię - odparł zdenerwowany przyjaciel. - Rozumiem, że masz własne sprawy, ale umawialiśmy się. - Próbowałam przecisnąć się między grupką ludzi, gdy ktoś mnie szturchnął, a ja lekko odleciałam. Przeklęłam. - Wszystko dobrze, Court? - spytał Freddie słysząc wiązankę przekleństw w słuchawce. - Może przełożymy to spotkanie, co? 
- Nie nie. Już prawie jestem - poczułam jak drętwieje mi ramię. Rozłączyłam się i szłam dalej. Trzymałam się za nie. Było to dziwne uczucie. Nienaturalne. Odrętwienie momentalnie pokryło przedramię i skończyło na palcach. Próbowałam je rozmasować, ale bez skutku. Nawet nie zauważyłam jak wyrosła przede mną postać w czarnej mgle. Zatrzymałam się i wbiłam w nią wzrok. Przechyliła głowę i patrzyła na mnie swoimi pustymi oczami. Cofnęłam się przerażona. Zauważyła mój ruch. Złapała za mój łokieć. Jej pazury wbiły mi się w skórę. Zaczęłam krzyczeć. Istota przeorała moją kończynę, po czym oblizała swoje szpony. Podeszła do mnie bliżej. Rozbrzmiał głos Brendona Urie w mojej komórce. Genialnie Freddie, pomyślałam poirytowana. Chciałam się cofnąć.
W tamtym momencie moim oczom ukazała się złota plama w brzuchu napastnika. Po chwili nic z niego nie zostało. Przede mną stał ubrany na czarno mężczyzna z długim mieczem z dziwnymi wzorami na nim. Poczułam jak zapadam się w ciemność, a moje ciało opada bezwładnie. 

***

Spojrzałem na Eillen. Kobieta o jasnych włosach, niebieskich oczach głaskała czarne włosy nieznajomej dziewczyny. Koło niej stał Willis, który patrzył na śpiącą i po cichu rozmawiali o niej. 
- Jak się obudzi musimy ją odstawić do domu - odparłem posępniały, czym przykułem uwagę dwójki. - Nie może tutaj zostać - zażądałem.
- Ollie - zaczął Willis. - Nie mamy innego wyjścia. Ona widziała tego demona mimo iż nie ma Wzroku - przyjaciel podszedł do mnie. - Sprawdzimy ją i zniknie - obiecał dotykając mojego ramienia. 
- Niech będzie - chciałem już wyjść. Odwrócony usłyszałem jak dziewczyna coś mamrocze i otwiera oczy. Przystanąłem, po czym się obróciłem w jej strone. Byłem ciekaw co się stanie. 
- Gdzie ja jestem? - spytała patrząc na twarz Eillen, potem na Willisa i w końcu na mnie. - Ciebie wczoraj widziałam. Co mi zrobiłeś? - zerwała się z łóżka. Podeszła do mnie, lecz nic nie mogła zrobić, bo przytrzymał ją Will. - To ty mi to zrobiłeś! - krzyknęła i pokazała na swoją lewą dłoń. Tam była pokazana pokaźna rana z długimi szramami z zaschniętą krwią. 
- To nie byłem ja! Dlaczego nas widzisz? - spytałem zdenerwowany patrząc jej prosto w oczy.  
- Nie wiem - zauważyła na ramieniu Willisa Znaki, a potem skierowała wzrok na moją szyję, na której był narysowany iratze, a potem na Eillen. Cofnęła się. Widziałem w jej oczach przerażenie. - Nie możesz tutaj zostać. 
- Kim wy jesteście? - spytała wracając na łóżko. Podciągnęła nogi do brody i spojrzała na nas. - Co ja tutaj robię? 
- Odpowiemy Ci jak nam powiesz jak się nazywasz - odezwała się spokojnie Eillen. 
- Courtney Richardson - odparła cicho. - Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? - dopowiedziała bez przekonania. Widziałem jak niebieskie oczy Eillen się powiększają. Chwilę później wyszła. - Kim wy jesteście? - ponowiła pytanie. - Możecie mi w końcu powiedzieć! - krzyknęła. Skierowała wzrok na bruneta. - Proszę - westchnąłem ciężko. Drzwi się otworzyły i do środka weszła Tara z Brandy. 
- Ollie, kochanie - odparła brunetka o zielonych oczach. Podeszła do mnie i objęła mnie w pasie. Siostra przekręciła oczami. Courtney popatrzyła na nas dziwnie, a Will cicho się zaśmiał. 
- Willis, jesteś mi potrzebny - usłyszeliśmy głos Eillen w drzwiach. Skinął głową do nieznajomej i wyszedł.

***

- Eillen, mogę Cię o coś zapytać? - spytał chłopiec patrząc jak krzątam się po bibliotece.
Szukałam w archiwum drzewa genealogicznego rodu Richardsonów. - Czemu tak zareagowałaś na jej nazwisko? - w końcu znalazłam to co szukałam. Wyciągnęłam pokaźną książkę z grubą okładką i pokiereszowanymi stronami. - Eillen? - zapytał. Otworzyłam na końcu książki. 
- Patrz - podsunęłam ją pod nos chłopaka. - Widzisz czyje to nazwisko? - spytałam. 
- Wiesz, że to niemożliwe. Courtney nie może być jedną z nas. 
- Ma oczy po Stacy... - zaczęłam. Pokręciłam głową. Usiadłam na kanapie. - Jest taka podobna do Richardsonów. Eugene - popatrzyłam na Willisa. - Musi tutaj zostać, Will. Nawet jeśli Oliver się nie zgodzi. - Powiedziałam z przekonaniem. 

***

  Odsunąłem od siebie Brandy, której się to niezbyt podobało. Tara się roześmiała. Zmroziłem ją wzrokiem. Do sali wrócili Eillen z Willisem. Ten niósł jakąś księgę. Przewodnicząca Instytutu usiadła koło nieznajomej czarnowłosej. 
- Jak się nazywają Twoi rodzice? - spytała spokojnie. - To bardzo ważne, Courtney. 
- Stacy i Eugene Richardson. Co związku z tym? - spytała zaciekawiona. Kobieta wstała. Podeszła do mnie. Widziałem że dla Eillen to coś znaczyło.
- Ona musi tutaj zostać, Ollie. Znałam jej rodziców - odparła do mnie. - Wiem, że jesteś wściekły, ale musimy to zrobić - powiedziała do mnie cicho. Zdenerwowałem się.
- Eillen, tak? - odezwała się szarooka. Spojrzeliśmy na nią. - Jak długo tu zostanę? - spytała.
- Możliwe, że długo - odparła Przewodnicząca i uśmiechnęła się. - Zostawcie nas samych - poprosiła kobieta.
  Wieczorem wszyscy znaleźliśmy się na kolacji, lecz wcześniej Eillen poprosiła nas o to by przenieść Courtney do innego pokoju. Zastanawiało mnie to, kim dla kobiety była rodzina Courtney. Popatrzyłem na nią znad talerza. Nie lubiłem jej. W ubraniu Tary - czarnych rurkach i oliwkowej - za dużej - bluzce wyglądała dziwnie. Włosy miała spięte w koka, z którego wypadały pojedyncze pasma włosów. Willis postanowił zabawić się w dżentelmena i cały czas towarzyszy tej dziewczynie. 
- Ollie - usłyszałem głos Brandy. Przekręciłem oczami i spojrzałem na nią. - Jestem zła na ciebie, za to co się stało. 
- Kiedy zrozumiesz, że Cię nie kocham? - spytałem ostro i wyszedłem zostawiając zdezorientowanych domowników. Zauważyłem na sobie zdziwiony wzrok Courtney i Willisa. Ich też miałem dosyć.

                                                                          ***

   Wyszedłem na korytarz. Idąc do biblioteki zauważyłem cień na jego końcu. Wyjąłem za paska nóż i przybliżyłem się do tamtego miejsca. Szedłem za postacią aż zatrzymała się przed fontanną z posągiem na kolumnie umiejscowionej w jej środku. Mężczyzna o platynowych włosach podziwiał ją. Chwilę później odwrócił się w moją stronę z uśmiechem na twarzy.
- Witaj Oliverze - odezwał się. - Miło Cię znowu widzieć - powiedział z nonszalancją. 
- Matt... - zacząłem, a wtedy zaatakował. Odparłem atak. Cofnął się. Podszedłem do niego i przeszyłem nożem skórę na jego ramieniu. Odepchnął mnie od siebie i ponownie wykonał uderzenie. Zamachnął się i przeszył sztyletem powietrze tuż koło mojej głowy. - Nadal słabo walczysz, Sturm - zakpiłem. Zawarczał i rzucił się w moją stronę. Przeciąłem nożem jego brzuch. Upadł na kolana. 
- Brawo, brawo, brawo. Jesteś jak swój ojciec, Oliverze Mortonie. Tak samo uparty i tak samo arogancki - z ukrycia pojawił się wysoki mężczyzna w czarnym garniturze. Podał coś swojemu synowi. - Nie wiem, co Twoja matka w nim widziała, ale nie wiem co ona w Tobie widzi - spojrzał za moje ramię. - Bardzo piękna dziewczyna - Brandy podeszła do nas. Jeszcze jej brakowało, pomyślałem.
- Brandy, wynoś się stąd - syknąłem do niej gdy była już blisko. Stanęła na przeciw Sturma. Złapałem ją za ramię i cofnąłem. - Idź stąd. 
- Umiałabyś pokochać mojego syna? - spytał jej Sturm. 
- Nie. Kocham tylko Olliego - na jej słowa się zaśmiał. 
- Miłość nieodwzajemniona, moja droga; nie trwa wiecznie - Matthew doszedł do siebie i stał przy swoim ojcu. W ręce miał coś ukrytego. - Żegnam - i znikli. 

***

- Więc twierdzisz, że moi rodzice byli Nocnymi Łowcami, tak? - spytała dla pewności. 
- Tak, Courtney. Mówię Ci to już setny raz - odparł ze śmiechem Will. Polubiłam go niemal od razu. - Powinnaś się położyć. Jutro wyjaśnię Ci kim dokładnie jesteś - uśmiechnął się promiennie.
- Dobrze. Trzymam Cię za słowo - uścisnęłam chłopaka po przyjacielsku, a on wyszedł. Usiadłam na łóżku i popatrzyłam na nie. Pościel pachniała lawendą. Poduszki w białe poszewki były starannie ułożone. Pomieszczenie nie było zbyt duże. Komoda pod ścianą, mały kominek po jego drugiej stronie. Łóżko znajdowało się na przeciw niego, a wejście do łazienki obok komody. Zasłony były w kolorze zieleni, brązowy dywan pokrywał całą powierzchnię podłogi. Przy kominku stały dwa fotele. Przypomniały mi się wieczory z Freddiem. Poderwałam się z miejsca. Jak mogłam o nim zapomnieć? Poszukałam swojej komórki, ale nigdzie jej nie znalazłam. Postanowiłam zejść na dół. Wyszłam z pokoju, ryglując drzwi kluczem. Szłam korytarzem, kiedy natknęłam się na Olivera, który nie wyglądał za dobrze. Porwana koszula, poplamione krwią spodnie. Zatrzymałam się.
- Co się stało? - spytałam. - Biłeś się sam ze sobą? 
- Bardzo zabawne - minął mnie, szturchając ramieniem. Prychnęłam i poszłam na dół.
    Weszłam do sali, w której wcześniej leżałam i przeszukiwałam szafkę, kiedy ktoś pociągnął mnie za włosy i przesunął po podłodze.
- Puszczaj - zaczęłam się wyrywać. Złapałam napastnika za kostkę. Napastnik był silny, lecz nie wystarczająco aby go zablokować. Mimo krótkiej szarpaniny, zostałam uwolniona.
- Odwal się od Olliego - zasyczała i odeszła bez słowa. Stałam tam chwilę i postanowiłam wrócić do swoich poszukiwań. W końcu go znalazłam. Wybrałam numer Freddiego. Nie odebrał. Wysłałam mu esemesa, żeby się nie martwił. Lecz nie dostałam żadnej informacji.