poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Rozdział Drugi





  Popatrzyłam na nasze zdjęcie. Eugene obejmujący Stacy z promiennym uśmiechem, a koło nich stała ona, Forrest Tate oraz Sheila Holloway - jej paczka. Wyprostowałam zagięcia fotografii. 


* 25 listopada 1974 *
    Popatrzyłam na twarz Stacy. Widziałam w jej oczach miłość do Eugene. Było widać, że się kochali - przytulając,całując. Bolało mnie to. Nigdy nie zdradziłabym jej. Stacy jest moją siostrą. Kocham ją 
i nie mogłam jej skrzywdzić, dlatego odeszłam z tego pokoju. 
  Wracając do swojego pokoju zauważyłam Forresta. Stał oparty o ścianę i obserwował coś na przeciw niego. Stanęłam przy nim i spojrzałam na w tą samą stronę co on. Patrzył na obraz Adele Penhallow. 
- Mogę Cię o coś spytać, Leila - zaczął. Jedyny tak na mnie mówi.  Nadal wpatrywał się w bladą twarz kobiety. - Czy kiedykolwiek kochałaś kogoś tak, że wybaczyłaś mu ból, który Ci sprawił? - powiedział zrezygnowanym głosem.
- Tak - wyszeptałam. Skierował wzrok na mnie. W jego oczach nie znalazłam zdziwienia. Wręcz przeciwnie.
- Wiem, że kochasz Eugene, ale jego miejsce jest przy Stacy. Wiesz o tym, prawda? - spytał zaciekawiony. 
- Wiem - odparłam cicho. - Dlatego chciałam wrócić do Idrisu - odpowiedziałam cicho, spoglądając na obraz z Adele.
- Mogę jechać z tobą? - nagle zaproponował. Skierowałam mój zaciekawiony wzrok na jego bladą twarz. Miał chłopięcą urodę. Jego oczy były koloru czekoladowego. Mimo tych oczu był podobny do Leonardo DiCaprio z Titanica. - Nic mnie tutaj nie trzyma - uśmiechnął się smutno.  Ścisnęłam jego dłoń, a on odwzajemnił mój gest. Po tej rozmowie rozeszliśmy się do swoich pokoi.
  Nazajutrz, po spakowaniu się; oznajmiłam szefowi Instytutu, że wyjeżdżam. Brittany i Dean Blackthorn spojrzeli na mnie zszokowani.
 - Eillen, czemu? - spytała blondynka. Mogła mieć sto sześćdziesiąt centymetrów. Na jej twarzy widać było delikatne zmarszczki. Była piękną kobietą podobną do Sophii Loren. - Nie możesz tak po prostu odejść - skierowałam wzrok na Stacy, a potem na Eugene, następnie na Jeanette. Ona również wiedziała co czuję do jej brata. Na twarzy Stacy malował się szok. Nie patrzyłam drugi raz na Eugene. Za bardzo bolało mnie serce.
 - Muszę. Poza tym nie jadę tam sama - popatrzyłam na Forresta. Skinęłam na niego głową. Na co wstał. Blackthornowie spojrzeli na mojego towarzysza. Delikatnie się do nich uśmiechnął. 
- Przynajmniej Leila nie będzie sama - odparł, po czym wyszedł z biblioteki.


***

   Usłyszałam pukanie do drzwi. Niemrawo wstałam. Założyłam szlafrok i podeszłam do nich. Ukazał mi się widok uśmiechniętego Willisa. Przetarłam oczy. Po czym sobie przypomniałam, że moje włosy dostały własnego życia. Szybko jak to możliwe je uporządkowałam.
- Cześć. Zastanawiałem się czy nie chciałabyś zjeść ze mną śniadania albo czy już je jadłaś - w ręku trzymał podstawkę z dwoma kubkami.
- Właściwie to przed chwilą wstałam i chętnie coś zjem - powiedziałam odwzajemniając jego uśmiech. - Przebiorę się i zaraz wracam. - Wróciłam do pokoju. Otworzyłam komodę która stała na przeciwko mojego łóżka. Wyjęłam z niej dżinsy, które były delikatnie za ciasne i czarny top bez żadnych nadruków. Spojrzałam jeszcze w lustro, które wisiało nad komodą. Jednak moje włosy były w ciągłym nieładzie. Wyszłam na korytarz. Willis siedział na kanapie i patrzył się na przeciwległej ściany. Podeszłam do niego i skierowałam wzrok tam gdzie i on.
- Czyj to obraz? - na nim była postać pięknej kobiety, ubranej w osiemnastowieczną suknię. Jej twarz była blada, co mnie nie dziwiło jak na tamtejsze czasy. Zaś oczy miała piękne. Błękitne niczym niebo w słoneczny dzień.
- Adele Penhallow - odparł Willis. Po jego twarzy twarzy widziałam, że to był ktoś ważny dla niego i możliwe dla jego rodziny. - Możemy iść? - zapytał po cichu. Skinęłam głową i ruszyliśmy.
   Zeszliśmy na dół do stołówki. Moje oczy zatrzymały się na twarzy Brandy, która wesoło rozmawiała z Tarą. Willis podszedł już do baru i wziął dwie tacki, na których było już jedzenie. Podszedł do mnie, wręczył mi tackę, a ja w odezwie uśmiechnęłam się do niego. Usiadłam koło Eillen, która uśmiechnęła się promiennie. 
- Dobrze spałaś? - zapytała zaciekawiona. 
- Tak, dziękuję - odparłam. Spojrzałam na jedzenie. Była to sałatka z serem fetą, papryką i rzodkiewką. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością do Willisa. 
- Po śniadaniu pójdziemy do biblioteki. Opowiem Ci co nieco o nas - odezwała się Eillen. Spojrzałam w stronę dziewczyn. Tara i Brandy udawały, że mnie nie widzą, jednak ja wyczułam, że pokazują na mnie palcami. 



***

- Pierwszym założonym Instytutem był Instytut w Nowym Jorku. To tam poznałam Twoją ciocię, Jeanette. Bardzo się przyjaźniłyśmy. Po paru miesiącach do naszej dwójki dołączył jej brat, a Twój tata - w głosie Eillen usłyszałam delikatne zawahanie się a zarazem smutek. Kobieta podawała co rusz zdjęcia mojego ojca z ich trójką. - Spędzaliśmy razem  dużo czasu. Do naszej paczki dołączyła Stacy, Twoja mama. I od tego wszystko się zaczęło. - Eillen podała mi kolejne zdjęcie, na którym są moi rodzice.
- Co się zaczęło? - zapytałam zaciekawiona. Patrząc na nich zauważyłam, że mam oczy matki, jednak bardziej jestem podobna do ojca. Wyglądali na szczęśliwych.
- Zaczęli częściej wyjeżdżać na Łowy. Sami. A gdy Przewodniczący Instytutu kazał naszej grupie na wyjazd, podczas którego mieliśmy zbadać teren, Twoi rodzice bardzo o siebie dbali. - Podała mi kolejne zdjęcie na którym był wysoki mężczyzna o czekoladowych oczach.
- A kim jest ten chłopak? - pokazała zdjęcie Eillen. Ona spojrzała na nie i się uśmiechnęła.
- Forrest Tate - powiedziała tylko i zabrała mi zdjęcie. Schowała do pudełka i zamknęła wieko. - Courtney, może to zabrzmi banalnie - ale tutaj jest Twój dom i powinnaś tutaj zostać ze względu dlaczego kim jesteś - w jej oczach widziałam spokój i wyrozumiałość. - Wiem, że rodzice chcieliby żebyś tutaj była - dodała. - Dam ci kilka książek o naszej historii do poczytania.

***


 Szedłem właśnie koło biblioteki, gdy za rogu wyszła Courtney i wpadła na mnie. Jej książki, które trzymała, leżały porozrzucane na podłodze.
- Uważaj jak chodzisz - odparłem nie patrząc na dziewczynę i podnosząc jeden tom oprawiony
w czarną skórę. - Wiesz że nie można tego wynosić? - zapytałem trzymając księgę w ręku przed dziewczyną.
- Eillen mi ją dała - powiedziała odgarniając swoje brązowe włosy. Spojrzała w bok, a potem
z powrotem na mnie. Wyglądała na zawstydzoną. - Możesz mi ją oddać? - zapytała cicho.
- Nie - powiedziałem prowokująco. Jej wzrok automatycznie się zmienił. - Nie mogę ci jej oddać.
To wbrew zasadom.
- Mówiłam że Eillen mi ją dała - fuknęła. - Oddawaj ją! - próbowała mi ją wyrwać. - Oliver! - akurat przechodziły Brandy z Tarą. Miały rozbawione miny.
- Proszę. Proszę. Proszę - odezwała się ta druga. - Najpierw jednego okręciłaś wokół palca, a teraz próbujesz drugiego - powiedziała siostra Oliviera. Rzuciła wzrokiem na brata. Poklepała go po ramieniu.
- Nikogo sobie nie okręciłam - odgryzła się Courtney.
- Czyli Willis tak sam z siebie lata wokół ciebie. Na pewno go nie namawiałaś? - Tara zbliżyła się do dziewczyny. - A może jednak - dodała szeptem.
- Dobra, daj jej spokój - odezwałem się łapiąc siostrę za nadgarstek. - Idź po trenuj - popatrzyła na mnie. Przyjaciółki popatrzyły się na Courtney. Brandy prychnęła i obie odeszły. Minąłem ją
i ruszyłem dalej.  Nie oddałem jej książki.
- Oliver, możesz wreszcie oddać mi książkę! - krzyknęła za moimi plecami. - Słyszysz? - ruszyła za mną. Złapała mnie za ramię. Przystanąłem. Stanęła na przeciw mnie. - Dasz mi ją? - wyciągnęłam rękę. Zerknąłem na jej dłoń.
- Idę do Eillen - powiedziałem cicho i otworzyłem drzwi do biura Przewodniczącej. - Eillen, mogę cię o coś zapytać? - spojrzała na mnie znad papierów. - Czemu dałaś Courtney tą księgę? - zapytałem.
- Ponieważ powinna wiedzieć o nas coś więcej - przypomniała wstając z krzesła i przechodząc przed biurko. - Każdy z nas czytał tą księgę.
- Rozumiem, ale Courtney nie .... - zacząłem.
- Ona tutaj zostanie - powiedziała stanowczo - przerwała Przewodnicząca. - Tym bardziej będziesz ją trenować - dodała.
- Nie - palnąłem. - Nie chce jej uczyć. Nie możesz kogoś innego poprosić? - zapytałem.
- Nie mam nikogo odpowiedniego, a Brandy i Tara moim zdaniem nie nadają się do tego - powiedziała. - Oliver, proszę cię. Mogę na ciebie liczyć? - zapytała patrząc mi prosto w oczy. Ciężko wciągnąłem powietrze.
- Niech będzie - powiedziałem zrezygnowany.



****

  Otworzyłam księgę, którą w końcu odebrałam Oliverowi. Poprawiłam się na fotelu żeby widzieć tekst. Tak samo zrobiłam z lampą. 
- Pierwsi Nocni Łowcy istnieli już w starożytnym Rzymie. Początkowo żyli między ludźmi, jednakże zagrożenie z każdym dniem rosło i musieli uciekać. Wtedy, założono pierwszy instytut w Rzymie. Pierwszym Przewodniczącym Rzymskiego Instytutu został Titus Valerius. Razem ze swoimi braćmi założył kolejne Instytuty w Europie - przeczytałam na początku wstępu, który był dosyć obszerny. 
Księga przez kolejne rozdziały wprowadzała mnie w działanie Instytutu i ich pochodzenie. Dosyć ciekawe był tekst o naszym Instytucie. Jednakże jeden rozdział był o Mrocznej Wojnie.  Z ciekawością wczytywałam się w każde słowo.
- Przed pięćdziesięcioma latami, pewien wyklęty Nocny Łowca wzniecił Powstanie, które doprowadziło do rozłamu w świecie Neflim. Wojna doprowadziła, że część Nocnych Łowców nie wróciła do Idrisu - przeczytałam. - Jednych z nich byli Adele i Michael Houston. - Spojrzałam na tekst jeszcze. Szybko poderwałam się z miejsca i wyszłam ze swojego pokoju. W ręce nadal trzymałam księgę. Mijając zakręt, poczułam ból w karku. Opadłam na ziemię, wypuszczając tom z dłoni.
    Otworzyłam oczy. Przez chwilę nic nie czułam. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Znajdowałam się w ciemnym pomieszczeniu, które oświetlało go tylko ledwo świecąca żarówka.
- Nie ruszaj się, bo będzie bolało - odezwał się męski głos. Podszedł do mnie powoli.
- Gdzie jestem? - wydukałam, odzyskując głos. - Kim jesteś?
- Kimś, kogo nie chciała spotkać - odparł.
- Louis, możesz odejść - usłyszałam inny męski głos. Mężczyzna, tak samo jak poprzedni podszedł do mnie. Usiadł w nogach łóżka, na którym leżałam. - Posłuchaj - zauważyłam, że w rękach trzymał małą figurkę.
- Gdzie jestem i kim ty jesteś? - próbowałam się podnieść. Zabolało mnie w karku, tak samo jak i w piersiach. Skrzywiłam się. - Co tutaj robię?
- Jesteś mi potrzebna. Twój ojciec będzie zadowolony - odpowiedział.
- Mój ojciec nie żyje - powiadomiłam. Chłopak zaśmiał się. Nie rozumiałam o co mu chodzi. - Czemu się śmiejesz? - zapytałam. - Słyszysz?
- Twoi rodzice żyją Courtney - wstał. - Powinni za chwilę tutaj przyjść - po czym wyszedł, zostawiając mnie zdezorientowaną.
   Znowu ktoś wszedł do pokoju. Ból ustąpił, więc mogłam usiąść. Spojrzałam na mojego gościa. Tym razem była to średniego wzrostu kobieta. Stanęła na przeciwko mnie. Mogłam zobaczyć jej twarz. Nie wierzyłam własnym oczom.
- Mama ... - wydukałam po czym zemdlałam.


****

  Zapukałem do pokoju Courtney. Nic. Zapukałem jeszcze raz. Nadal nic. Otworzyłem drzwi. Wszedłem do środka, rozglądając się czy znajdę tutaj dziewczynę. Jednak jej nie znalazłem. Zdziwiony wyszedłem z pomieszczenia. Koło mnie przebiegła Eilleen. Pobiegłem za nią. Odszukałem ją w bibliotece. Szukała jakieś księgi i była zdenerwowana. 
- Eilleen - odezwałem się, lecz nie zareagowała. - Co się stało? - powiedziałem głośniej.Dotknąłem jej nadgarstka. Spojrzała na mnie zdezorientowana. - Co się dzieje?
- Porwali ją - odparła kładąc kolejną księgę na stolik. 
- Kto? - zapytałem zaciekawiony.
- Jej rodzice - odparła, po czym wyjęła kolejną księgę. - Oni żyją i właśnie chcą zrobić to samo sprzed pięćdziesiąt - dodała. - Doprowadzić do wojny.



piątek, 14 lipca 2017

Rozdział Pierwszy



- Freddie, zaraz tam będę. Nie denerwuj się - mówiłam do słuchawki idąc Lernay Ave.
- Powinnaś być tutaj już dawno. Czekam i czekam, a wiesz, że tego nie lubię - odparł zdenerwowany przyjaciel. - Rozumiem, że masz własne sprawy, ale umawialiśmy się. - Próbowałam przecisnąć się między grupką ludzi, gdy ktoś mnie szturchnął, a ja lekko odleciałam. Przeklęłam. - Wszystko dobrze, Court? - spytał Freddie słysząc wiązankę przekleństw w słuchawce. - Może przełożymy to spotkanie, co? 
- Nie nie. Już prawie jestem - poczułam jak drętwieje mi ramię. Rozłączyłam się i szłam dalej. Trzymałam się za nie. Było to dziwne uczucie. Nienaturalne. Odrętwienie momentalnie pokryło przedramię i skończyło na palcach. Próbowałam je rozmasować, ale bez skutku. Nawet nie zauważyłam jak wyrosła przede mną postać w czarnej mgle. Zatrzymałam się i wbiłam w nią wzrok. Przechyliła głowę i patrzyła na mnie swoimi pustymi oczami. Cofnęłam się przerażona. Zauważyła mój ruch. Złapała za mój łokieć. Jej pazury wbiły mi się w skórę. Zaczęłam krzyczeć. Istota przeorała moją kończynę, po czym oblizała swoje szpony. Podeszła do mnie bliżej. Rozbrzmiał głos Brendona Urie w mojej komórce. Genialnie Freddie, pomyślałam poirytowana. Chciałam się cofnąć.
W tamtym momencie moim oczom ukazała się złota plama w brzuchu napastnika. Po chwili nic z niego nie zostało. Przede mną stał ubrany na czarno mężczyzna z długim mieczem z dziwnymi wzorami na nim. Poczułam jak zapadam się w ciemność, a moje ciało opada bezwładnie. 

***

Spojrzałem na Eillen. Kobieta o jasnych włosach, niebieskich oczach głaskała czarne włosy nieznajomej dziewczyny. Koło niej stał Willis, który patrzył na śpiącą i po cichu rozmawiali o niej. 
- Jak się obudzi musimy ją odstawić do domu - odparłem posępniały, czym przykułem uwagę dwójki. - Nie może tutaj zostać - zażądałem.
- Ollie - zaczął Willis. - Nie mamy innego wyjścia. Ona widziała tego demona mimo iż nie ma Wzroku - przyjaciel podszedł do mnie. - Sprawdzimy ją i zniknie - obiecał dotykając mojego ramienia. 
- Niech będzie - chciałem już wyjść. Odwrócony usłyszałem jak dziewczyna coś mamrocze i otwiera oczy. Przystanąłem, po czym się obróciłem w jej strone. Byłem ciekaw co się stanie. 
- Gdzie ja jestem? - spytała patrząc na twarz Eillen, potem na Willisa i w końcu na mnie. - Ciebie wczoraj widziałam. Co mi zrobiłeś? - zerwała się z łóżka. Podeszła do mnie, lecz nic nie mogła zrobić, bo przytrzymał ją Will. - To ty mi to zrobiłeś! - krzyknęła i pokazała na swoją lewą dłoń. Tam była pokazana pokaźna rana z długimi szramami z zaschniętą krwią. 
- To nie byłem ja! Dlaczego nas widzisz? - spytałem zdenerwowany patrząc jej prosto w oczy.  
- Nie wiem - zauważyła na ramieniu Willisa Znaki, a potem skierowała wzrok na moją szyję, na której był narysowany iratze, a potem na Eillen. Cofnęła się. Widziałem w jej oczach przerażenie. - Nie możesz tutaj zostać. 
- Kim wy jesteście? - spytała wracając na łóżko. Podciągnęła nogi do brody i spojrzała na nas. - Co ja tutaj robię? 
- Odpowiemy Ci jak nam powiesz jak się nazywasz - odezwała się spokojnie Eillen. 
- Courtney Richardson - odparła cicho. - Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? - dopowiedziała bez przekonania. Widziałem jak niebieskie oczy Eillen się powiększają. Chwilę później wyszła. - Kim wy jesteście? - ponowiła pytanie. - Możecie mi w końcu powiedzieć! - krzyknęła. Skierowała wzrok na bruneta. - Proszę - westchnąłem ciężko. Drzwi się otworzyły i do środka weszła Tara z Brandy. 
- Ollie, kochanie - odparła brunetka o zielonych oczach. Podeszła do mnie i objęła mnie w pasie. Siostra przekręciła oczami. Courtney popatrzyła na nas dziwnie, a Will cicho się zaśmiał. 
- Willis, jesteś mi potrzebny - usłyszeliśmy głos Eillen w drzwiach. Skinął głową do nieznajomej i wyszedł.

***

- Eillen, mogę Cię o coś zapytać? - spytał chłopiec patrząc jak krzątam się po bibliotece.
Szukałam w archiwum drzewa genealogicznego rodu Richardsonów. - Czemu tak zareagowałaś na jej nazwisko? - w końcu znalazłam to co szukałam. Wyciągnęłam pokaźną książkę z grubą okładką i pokiereszowanymi stronami. - Eillen? - zapytał. Otworzyłam na końcu książki. 
- Patrz - podsunęłam ją pod nos chłopaka. - Widzisz czyje to nazwisko? - spytałam. 
- Wiesz, że to niemożliwe. Courtney nie może być jedną z nas. 
- Ma oczy po Stacy... - zaczęłam. Pokręciłam głową. Usiadłam na kanapie. - Jest taka podobna do Richardsonów. Eugene - popatrzyłam na Willisa. - Musi tutaj zostać, Will. Nawet jeśli Oliver się nie zgodzi. - Powiedziałam z przekonaniem. 

***

  Odsunąłem od siebie Brandy, której się to niezbyt podobało. Tara się roześmiała. Zmroziłem ją wzrokiem. Do sali wrócili Eillen z Willisem. Ten niósł jakąś księgę. Przewodnicząca Instytutu usiadła koło nieznajomej czarnowłosej. 
- Jak się nazywają Twoi rodzice? - spytała spokojnie. - To bardzo ważne, Courtney. 
- Stacy i Eugene Richardson. Co związku z tym? - spytała zaciekawiona. Kobieta wstała. Podeszła do mnie. Widziałem że dla Eillen to coś znaczyło.
- Ona musi tutaj zostać, Ollie. Znałam jej rodziców - odparła do mnie. - Wiem, że jesteś wściekły, ale musimy to zrobić - powiedziała do mnie cicho. Zdenerwowałem się.
- Eillen, tak? - odezwała się szarooka. Spojrzeliśmy na nią. - Jak długo tu zostanę? - spytała.
- Możliwe, że długo - odparła Przewodnicząca i uśmiechnęła się. - Zostawcie nas samych - poprosiła kobieta.
  Wieczorem wszyscy znaleźliśmy się na kolacji, lecz wcześniej Eillen poprosiła nas o to by przenieść Courtney do innego pokoju. Zastanawiało mnie to, kim dla kobiety była rodzina Courtney. Popatrzyłem na nią znad talerza. Nie lubiłem jej. W ubraniu Tary - czarnych rurkach i oliwkowej - za dużej - bluzce wyglądała dziwnie. Włosy miała spięte w koka, z którego wypadały pojedyncze pasma włosów. Willis postanowił zabawić się w dżentelmena i cały czas towarzyszy tej dziewczynie. 
- Ollie - usłyszałem głos Brandy. Przekręciłem oczami i spojrzałem na nią. - Jestem zła na ciebie, za to co się stało. 
- Kiedy zrozumiesz, że Cię nie kocham? - spytałem ostro i wyszedłem zostawiając zdezorientowanych domowników. Zauważyłem na sobie zdziwiony wzrok Courtney i Willisa. Ich też miałem dosyć.

                                                                          ***

   Wyszedłem na korytarz. Idąc do biblioteki zauważyłem cień na jego końcu. Wyjąłem za paska nóż i przybliżyłem się do tamtego miejsca. Szedłem za postacią aż zatrzymała się przed fontanną z posągiem na kolumnie umiejscowionej w jej środku. Mężczyzna o platynowych włosach podziwiał ją. Chwilę później odwrócił się w moją stronę z uśmiechem na twarzy.
- Witaj Oliverze - odezwał się. - Miło Cię znowu widzieć - powiedział z nonszalancją. 
- Matt... - zacząłem, a wtedy zaatakował. Odparłem atak. Cofnął się. Podszedłem do niego i przeszyłem nożem skórę na jego ramieniu. Odepchnął mnie od siebie i ponownie wykonał uderzenie. Zamachnął się i przeszył sztyletem powietrze tuż koło mojej głowy. - Nadal słabo walczysz, Sturm - zakpiłem. Zawarczał i rzucił się w moją stronę. Przeciąłem nożem jego brzuch. Upadł na kolana. 
- Brawo, brawo, brawo. Jesteś jak swój ojciec, Oliverze Mortonie. Tak samo uparty i tak samo arogancki - z ukrycia pojawił się wysoki mężczyzna w czarnym garniturze. Podał coś swojemu synowi. - Nie wiem, co Twoja matka w nim widziała, ale nie wiem co ona w Tobie widzi - spojrzał za moje ramię. - Bardzo piękna dziewczyna - Brandy podeszła do nas. Jeszcze jej brakowało, pomyślałem.
- Brandy, wynoś się stąd - syknąłem do niej gdy była już blisko. Stanęła na przeciw Sturma. Złapałem ją za ramię i cofnąłem. - Idź stąd. 
- Umiałabyś pokochać mojego syna? - spytał jej Sturm. 
- Nie. Kocham tylko Olliego - na jej słowa się zaśmiał. 
- Miłość nieodwzajemniona, moja droga; nie trwa wiecznie - Matthew doszedł do siebie i stał przy swoim ojcu. W ręce miał coś ukrytego. - Żegnam - i znikli. 

***

- Więc twierdzisz, że moi rodzice byli Nocnymi Łowcami, tak? - spytała dla pewności. 
- Tak, Courtney. Mówię Ci to już setny raz - odparł ze śmiechem Will. Polubiłam go niemal od razu. - Powinnaś się położyć. Jutro wyjaśnię Ci kim dokładnie jesteś - uśmiechnął się promiennie.
- Dobrze. Trzymam Cię za słowo - uścisnęłam chłopaka po przyjacielsku, a on wyszedł. Usiadłam na łóżku i popatrzyłam na nie. Pościel pachniała lawendą. Poduszki w białe poszewki były starannie ułożone. Pomieszczenie nie było zbyt duże. Komoda pod ścianą, mały kominek po jego drugiej stronie. Łóżko znajdowało się na przeciw niego, a wejście do łazienki obok komody. Zasłony były w kolorze zieleni, brązowy dywan pokrywał całą powierzchnię podłogi. Przy kominku stały dwa fotele. Przypomniały mi się wieczory z Freddiem. Poderwałam się z miejsca. Jak mogłam o nim zapomnieć? Poszukałam swojej komórki, ale nigdzie jej nie znalazłam. Postanowiłam zejść na dół. Wyszłam z pokoju, ryglując drzwi kluczem. Szłam korytarzem, kiedy natknęłam się na Olivera, który nie wyglądał za dobrze. Porwana koszula, poplamione krwią spodnie. Zatrzymałam się.
- Co się stało? - spytałam. - Biłeś się sam ze sobą? 
- Bardzo zabawne - minął mnie, szturchając ramieniem. Prychnęłam i poszłam na dół.
    Weszłam do sali, w której wcześniej leżałam i przeszukiwałam szafkę, kiedy ktoś pociągnął mnie za włosy i przesunął po podłodze.
- Puszczaj - zaczęłam się wyrywać. Złapałam napastnika za kostkę. Napastnik był silny, lecz nie wystarczająco aby go zablokować. Mimo krótkiej szarpaniny, zostałam uwolniona.
- Odwal się od Olliego - zasyczała i odeszła bez słowa. Stałam tam chwilę i postanowiłam wrócić do swoich poszukiwań. W końcu go znalazłam. Wybrałam numer Freddiego. Nie odebrał. Wysłałam mu esemesa, żeby się nie martwił. Lecz nie dostałam żadnej informacji.